każdy kogoś zna

Pamiętam z czasów przed internetem, gdy było modnie mieć korespondencyjnych koleżanki i kolegów, jak zaczęłam pisać z pewną Kamilą z Grudziądza. Napisałam do niej, ona mi odpisała, oczywiście wiadomo, trzeba było sobie wszystko opowiedzieć, co najważniejsze. To było pouczające. Mogłaś się dowiedzieć, że na długie włosy u chłopaków mówi się „długie plecy”, a „bronxy” to „browary” – to niestety wyjaśnił mi dopiero tata, co świadczy o tym, jak różne były doświadczenia moje i Kamili z Grudziądza, co kochała blondynów o długich plecach. Ja też kochałam się w blondynach o długich plecach, ale dopiero wtedy dowiedziałam się, jak się mówi, by być na czasie. Wtedy właśnie mówiło się „na czasie”, niczego się wcale nie „ogarniało”, nikt nie wymagał od ciebie bycia „tru”.
W każdym razie Kamila z Grudziądza, doszedłszy do fragmentu, w którym opisuje swego chłopaka, zaczęła prawdziwą litanię pochwalną. Jednym z jej elementów było sformułowanie „zna osobiście Sławka Wierzcholskiego”.
Jak już mówiłam, były to czasy, gdy nie było tyle internetu, książki były internetem, no i pisma, w sensie gazety. Mogłaś słuchać zespołu ze Sławkiem i nawet nie mieć pojęcia, że on tam jest.
Poczułam wtedy takie ukłucie, które w dzisiejszych czasach jest już mi dobrze znane, bo teraz każdy wszędzie podkreśla, że zna jakiegoś sławka.
Dlatego pierwsze zdanie mojej odpowiedzi brzmiało: Kim, kurwa, jest Sławek Wierzcholski.
Pierwszy raz użyłam nieparlamentarnego słowa na piśmie.
Oczywiście, był to też ostatni list w krótkiej historii korespondencji z Kamilą z Grudziądza.

Reklamy
każdy kogoś zna

„ciągłość nie istnieje”

czasami tak jest: opowiadam coś Łukaszowi, opowiadam Karo, a potem znajduję na przykład w książce to, o czym mówię za pomocą Argumentu Kurtki z Burymi Kaczkami

„Moja matka nie mogła nadążyć za pędem miasta. Coraz bardziej męczyła się ciągłą pracą. Gdy opowiadała o swoim dzieciństwie, mówiła, że kiedyś życie nie zmieniało się tak szybko. Wtedy nowości pojawiały się powoli. Przyzwyczajaliśmy się do nich krok po kroku. Nowinki napawały nas ekscytacją, ale nie dziwiły tak bardzo. Wiedzieliśmy, co nas czeka kolejnego dnia. A teraz? Nowości pojawiają się jedna po drugiej i znikają równie szybko. Nie zostawiają po sobie ani śladu, żadnych wspomnień. Zanim uda nam się nadążyć za jedną, jej miejsce zajmuje kolejna. Wszyscy mamy swoje granice. Jesteśmy szybsi od żółwia, ale wolniejsi od zająca. Nasz umysł i nasze uczucia też nie są nieograniczone. Przekraczamy tradycje, ale nie nadążamy za nowościami. Zmiany, które wywierają na nas presję, zaburzają naszą równowagę. Coś nowego nie może być kontynuacją starego, bo ciągłość nie istnieje. Wszystko zamienia się w odpady. Brakuje kontynuacji. Przywiązanie traci swoją wartość. Serca, tak jak śmietniki, wypełniają się resztkami. Ten pęd męczył moją matkę. Nocą zasypiała ze smutkiem, za dnia żyła marzeniami. Cóż mogła zrobić? Nie wiedziała, jak ułożyć sobie życie w chaotycznym Stambule, więc czego innego mogła się trzymać niż marzeń?”. /Burhan Sönmez, Stambuł, Stambuł, przeł. P. Dominik /

 

 

„ciągłość nie istnieje”

rzeczy w gruncie, w gruncie rzeczy

powtarzamy tak od katolickich świąt, których żadne z nas nie umie naprawdę obejść, czyli od nieugotowania barszczu, ale upieczenia nań buraków:

-…w gruncie rzeczy… czyli buraki!

Ziemniaki na oko też, ale wyszło na to, że jednak buraki.

Zupy nie wchodzą, pascha pobiła sernik, a po przeprowadzce do mieszkania z parapetami planujemy zakup pseudomenory ze szwedzkiego dyskontu meblowego.

(wyszło dziwnie, ale to styczeń i w pracy przed ósmą)

rzeczy w gruncie, w gruncie rzeczy

planowanie obiadu z kucharką to też praca

Czytam Zimę o poranku Janiny Bauman. Z podtytułem Opowieść dziewczynki z warszawskiego getta wydaną przez wydawnictwo Znak w 1989 roku; przekład z angielskiego autorstwa samej Baumanowej, urodzonej w 1926 roku w Warszawie jako Janina Lewinson.
Bauman zaczęła pisać na początku lat 80. XX wieku, rezygnując z posady bibliotekarki w Leeds, gdzie osiedliła się po wyjeździe z Warszawy (1968), następnie z Izraela i gdzie mieszkała do końca życia (2009).

Pierwszy rozdział poświęcony jest dzieciństwu i tu ciekawostka dotycząca Aliny Lewinson z domu Fryszman, czyli matki autorki:

„W  naszym wielkim mieszkaniu przy ulicy Siennej mieściła się przychodnia Ojca i żyło sześć osób: Rodzice, Zosia i ja, kucharka i pokojówka. Ponadto często kręciła się też jakaś niania czy wychowawczyni, czy też – nieco później – nauczycielka francuskiego. Osoby te „nastawały” i po pewnym czasie odchodziły. Nie cierpiałam ich, bo stały jak nieprzenikalny mur między mną a Mamą. Mama była wiecznie zajęta spiesząc się dokądś, utykają się z pacjentami, przyjmując niezliczone telefony, albo naradzają się z kucharką, co ma być na obiad. W przerwach odpoczywała zamknięta w swojej sypialni. Tęskniłam za nią nieustannie. Za tym, żeby spędzić z nią cały dzień, od rana do wieczora; żeby spać w jej łóżku – co zdarzało się tylko, gdy byłam bardzo chora. Ojca widywałam jeszcze rzadziej. Pracował bardzo ciężko. Wychodził do szpitala o świcie, gdy jeszcze spałam, po południu przyjmował wizyty domowe, czasem do późnej nocy. Od wczesnego dzieciństwa żyłam w przerażeniu, że Rodzice mogą nagle umrzeć. Gdy wieczorem wychodzili na kolację do Dziadków z Granicznej albo do kina czy teatru, nie mogłam zasnąć […]”.

Niania, praca zawodowa, wyjścia do kina czy teatru, spotkania z rodziną. Rozumiem, że wysoki poziom życia uzyskany dzięki temu, że Szymon Lewinson był wziętym urologiem i miał otwartą prywatną praktykę. Ale porównuję sobie do tego podejścia dzisiejszego wobec kobiet, które chcą łączyć karierę z faktem bycia matką i zdumiewa mnie, jak przez około 80 lat jedne kwestie potrafiły się prawie nie zmienić (vide sytuacje ze Starej panny E. Wharton), a inne – owszem i to bardzo.

PS. Nie wspominając, że mówimy o rodzinie należącej do mniejszości narodowej. Puszczam wodze wyobraźni i widzę współczesną Polskę, w której taka sytuacja jest udziałem rodziny na przykład muzułmańskiej.

 

planowanie obiadu z kucharką to też praca

ani słowa o nich

W mieszkaniu odziedziczyliśmy całe stosy ciekawych książek. Są stare niemieckie albumy o kunstkamerach, są odkurzone przez nas ryciny motyli i książki z lat 80. o życiu seksualnym i erotycznym, są tomy wykładów Feynmana, gdyby komuś nudziło się nad ranem i jedynym sposobem na tęsknotę, nudę, gdy kochanie gdzieś daleko w podróży były wykresy, teorie i ciągi liczbowe. Gdyż „książek ci u nas dostatek, ale i nowe przyjmiemy”. Z zakurzonej serii „Koliber” wydawanej przez wydawnictwo Książka i Wiedza od 1967 roku na sobotnie kocyki nad jeziorem pojechały dwie: numer 53. serii, czyli Jose Cabanis Igranie z nocą. Bitwa o Tuluzę oraz numer 44, czyli Stara panna, opowiadanie Edith Wharton z tomu Old New York, który został wydany w 1924 roku  (nie dotarłam jeszcze przez kogo). Ale jeszcze wcześniej, dwa lata przed wydaniem książkowym, Wharton ogłosiła ten tekst w „The Red Book Magazine”. Zresztą, jak się okazuje po wnikliwszej lekturze, Edith urodziła się w rodzinie tak uprzywilejowanej, że aż przysłowiowej (tak, tak – „keeping up with the Joneses”, to o tych Jonesów chodzi) i szybko pokazała swoje talenty, w okolicy osiemnastego roku życia publikując już nowelkę (w komplecie z uroczymi recenzjami tej nowelki) i poezję drukowaną w „Atlantic Monthly”. Zresztą, swoje pierwsze translatorskie honorarium w wysokości pięćdziesięciu dolarów zarobiła już jako jedenastolatka, tłumacząc wiersz Heinricha Karla Bruguscha pt. Was die Steine Erzählen.

W każdym razie ta właśnie Edith Wharton pisała głównie o tym, co znała aż za dobrze, czyli o nowojorskiej klasie wyższej, tej najbogatszej; jej teksty to kroniki nieudanych małżeństw, gdzie pragnienie miłości i oddania stają w ostrym konflikcie z tym, czego wymaga społeczeństwo. Brzmi znajomo?
To jeszcze cytat ze Starej panny w przekładzie Agnieszki Glinczanki:

„Zaręczyny ogłoszono dopiero w kwietniu i żeńska starszyzna plemienia zaczęła od oburzania się na niedelikatność tak krótkiego narzeczeństwa. W ówczesnym Nowym Jorku uważano powszechnie, że >>młodym należy dać sposobność poznania się nawzajem<<, choć większość par małżeńskich składających się na nowojorskie towarzystwo bawiła się razem w dzieciństwie i urodziła się z ojców i matek znających się równie dobrze i długo. Jednakże jakieś tajemnicze prawo konwenansu wymagało, by świeżo zaręczoną parę uważać za parę, która równie świeżo się poznała. W południowych stanach sprawy załatwiano inaczej: zaręczyny na łapu-capu, nawet małżeństwa połączone z ucieczką z domu nie należały w tamtejszych annałach do rzadkości, ale taka pochopność mniej się zgadzała z leniwą krwią Nowego Jorku, gdzie tempo życia wyznaczała wciąż jeszcze holenderska rozwaga”.

Myślę sobie: minęły jakieś 90-92 lata, od kiedy Edith Wharton pisała te słowa. Ta Edith, o której wcześniej nie słyszałam, a tymczasem była pierwszą pisarką uhonorowaną Nagrodą Pulitzera, wielokrotnie nominowaną do literackiego Nobla, na podstawie jej powieści wielcy reżyserowie kręcili filmy; była tą, o której w domu rodzinnym mówili „Pussy Jones” i którą Ralph Waldo Emerson, jej własny kuzyn, zachęcał do pisania, bo popierał edukację kobiet, gdyż nie wyobrażał sobie inaczej. Edith dawno nie żyje, ile się zmieniło?

Przecież, żeby pokazać, jak bardzo była ceniona, wpisalibyśmy właśnie, którzy ważni mężczyźni tamtych czasów się z nią przyjaźnili. O nich wiemy. O niej nie.
Dlatego o nich, tutaj – ani słowa.

ani słowa o nich